
Podszedłem bliżej. Ryba zbierała w najlepsze. Pierwszy
rzut i za blisko. Drugi już w punkt. Krótki dryf muszki i nagle znowu.., energiczne „chlup". Zacinam lecz zupełnie nic nie poczułem, żadnego oporu, pudłuję.
Poprawiam bez zwłoki. Kładę muszkę dokładnie w to samo miejsce. Ryba raptownie ponawia atak. Tym razem udany. Zapięta dostaje szału,
robi sporo zamieszania. Ciągnie w kierunku dołka, lecz przegrywa. Tonkin amortyzuje każdy zryw, każde szarpnięcie. Doskonale trzyma, prawie nigdy nie gubi zaciętych ryb. Tak jest i tym razem.
Po chwili już wiem, że nie jest to żaden okaz. Zbierał jak mocny pięćdziesiątak tymczasem był to dobry trzydziestak, a do tego lipień.
Po chwili już wiem, że nie jest to żaden okaz. Zbierał jak mocny pięćdziesiątak tymczasem był to dobry trzydziestak, a do tego lipień.
Po
chwili jest w zasięgu ręki. Chwytam palcami delikatnie za muszkę i jednym ruchem odpinam przyjemniaczka. Od razu wraca do swojego dołka. Podobnie czynię i ja. Przesycony adrenaliną także
postanawiam wrócić już do domu. Po takich emocjach nie potrzebuje dłużej już
łowić tego dnia.
Po drodze robię jeszcze kilka fotografii...