czwartek, 2 kwietnia 2026

Nowa przyjemność

 Nowa przyjemność. 

Idealnie pracuje z linką 5. Długość 230 cm. Akcja progresywna.










piątek, 5 grudnia 2014

Korkowa rękojeść



Dąb korkowy (Quercus suber L. ) to drzewo z rodziny bukowatych,  występuje głównie w krajach basenu Morza Śródziemnego takich jak Alergia, Maroko, Tunezja, Hiszpania, Francja, Włoch i oczywiście w Portugalii. Korkowce wegetują ponad 200 lat. Gdy osiągną 25 rok życia rozpoczyna się ich eksploatacja. Korowanie powtarza się co 10-12 lat. Większość pozysku odbiera rynek winiarski, reszta trafia do obuwnictwa, agd oraz, rzecz jasna, branży wędkarskiej.

   Korek od producenta standardowo otrzymujemy w formie okrojonej i oszlifowanej. Zwykle zakupuję plastry niewiercone. Przede wszystkim są tańsze,  co więcej, rozwiercając samu mam za każdym razem możliwość idealnego dopasowania średnicy otworu do średnicy blanku. Rozwiercam na tokarce, choć centryczność na tym etapie nie jest konieczna. Dalsza obróbka ścierna zniweluje wszelkie nierówności. Po nawierceniu szlifuję otwór ręcznie owalnym pilnikiem. Zależy mi, aby idealnie (nie za ciasno, nie za luźno) spasować każdy plaster z fragmentem blanku na którym przyjdzie mu osiąść.

 Dopasowane do blanku pierścienie są gotowe do sklejania. A więc pora na epoksyd i gwintowany gryf.

  Nie należy przesadzać z ilością kleju. Cienka warstwa wystarczy za spoiwo. Co więcej, tak sklejona rękojeść będzie wizualnie spójna, be szpetnych „linii” pomiędzy plastrami. 

Po utwardzeniu osadzam rękojeść w tokarce. Ostateczny profil szlifuję papierem ściernym. Wstępnie gruboziarnistym, a dalej, w miarę zbliżania się do wymiaru, drobniejszym. Finalnie uziarnienie 1000 i więcej wieńczy dzieło.  









środa, 16 kwietnia 2014

Planowanie finalne



Mając odpowiednio naostrzony strug, ustawioną formę oraz (rzecz jasna) przygotowany bambusowy materiał rozpoczynam proces finalnego kształtowania listew.

Jednak zanim ruszę raz jeszcze sprawdzam wymiary stacji po czym umieszczam pierwszą listwę w formie. 
 Zaczynam od głębszej strony formy, następnie w miarę postępu pracy i zbliżania się do płaszczyzny sztangi przesuwam listwę w górę. W ten sposób łatwiej zachować właściwe kąty przekroju.
 Listwę zawsze hebluję zgodnie z kierunkiem wzrostu bambusa, zawsze po wewnętrznych jej stronach. Aby wspomniane kąty były sobie równe (trójkąt równoboczny w przypadku klejonki heksagonalnej) należy zebrać tę samą ilość materiału po obu stronach. Zatem w praktyce należy wykonać tę samą liczbę cięć po każdej ze stron.

Planuję ruchem jednostajnym, wzdłuż całkowitej długości listwy. Strug należy ustawić lekko skośnie lecz zawsze w kierunku wierzchołka trójkąta. W efekcie właściwego przeprowadzenia struga otrzymujemy wiór długości skrawanego materiału o grubości 0,001 cala. Nie należy dociskać struga do listwy. Odpowiednio naostrzony będzie skrawał pod swoim własnym ciężarem. W przeciwnym razie należy ponownie naostrzyć nóż.  






Stopniowo przesuwam listwę w kierunku finalnego położenia a po jego osiągnięciu hebluję aż do momentu natarcia ostrza na metal. Planowanie kończy się w momencie gdy strug nie jest w stanie zebrać więcej bambusowego materiału, w zamian zaczyna nacierać na płaszczyznę formy.






Proces powtarzam z każdą z listew. Poprawnie wykonane są identyczne geometrycznie. Po sklejeniu utworzą figurę o równej średnicy na każdej płaszczyźnie.  




poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kwietniowe łowy



Choć pogada przez ostanie kilka dni nie rozpieszczała, to udało mi się trafić na kilka chwil przebłysku wiosennego słońca. I tak pierwszy ciepły podmuch kwietniowego wiatru sprawił, że w dolinie rzeki, płynącej nieopodal, zatętniło życie. Z pozoru zimnoszara sceneria nabrała cieplejszych barw, ptaki rozśpiewały się na dobre, a po powierzchni zaczęły dryfować akwatyczne owady. Najpierw rzekę zdominowały znoszone prądem widelnice. Później dało się zauważyć pojedyncze chruściki. Na koniec zagęściło się nieco od żagli brązowo-oliwkowych jętek.  Wylot tych ostatnich, szczęśliwym trafem, okazał się na tyle obfity, że nie pozostał bez echa.   W okolicach co lepszej miejscówki ryby zaczęły zbierać swój żer. Każdemu pojawiającemu się na filmie oczku towarzyszyło przyjemne dla ucha charakterystyczne „chlup”.  W tym jedno bardzo doniosłe. Choć oddalone o kilkadziesiąt metrów, to od razu zauważone przez wprawione oko i ucho łowcy. Było w nim coś nieprzeciętnego, zupełnie odmiennego od innych. Coś co zwykle przeżywamy tylko podczas misterium jętki majowej - zburzona grzbietem tafla strumienia, rosnący z każdą chwilą krąg, no i ten charakterystyczny „chlup”.
 Podszedłem bliżej. Ryba zbierała w najlepsze. Pierwszy rzut i za blisko. Drugi już w punkt. Krótki dryf muszki i nagle znowu.., energiczne „chlup". Zacinam lecz zupełnie nic nie poczułem,  żadnego oporu, pudłuję. Poprawiam bez zwłoki. Kładę muszkę dokładnie w to samo miejsce. Ryba raptownie ponawia atak. Tym razem udany. Zapięta dostaje szału, robi sporo zamieszania. Ciągnie w kierunku dołka, lecz przegrywa. Tonkin amortyzuje każdy zryw, każde szarpnięcie. Doskonale trzyma, prawie nigdy nie gubi  zaciętych ryb. Tak jest i tym razem.
 Po chwili już wiem, że nie jest to żaden okaz. Zbierał jak mocny pięćdziesiątak tymczasem był to dobry trzydziestak, a do tego lipień.
 Po chwili jest w zasięgu ręki. Chwytam palcami delikatnie za muszkę i jednym ruchem odpinam przyjemniaczka. Od razu wraca do swojego dołka. Podobnie czynię i ja. Przesycony adrenaliną także postanawiam wrócić już do domu. Po takich emocjach nie potrzebuje dłużej już łowić tego dnia.

Po drodze robię jeszcze kilka fotografii...